czwartek, 10 maja 2012

Rozdział 4.

Obudził się około godziny 9 rano. Jak to zazwyczaj bywa po nocnym piciu nie czuł się zbyt dobrze, ale był szczęśliwy. Zespół - to jedyna rzecz, o której był w stanie myśleć. Wstał zaspanym ruchem z łóżka, ubrał się po czym ruszył w kierunku łazienki. Spojrzał w lustro. Wielkie wory pod oczami, zaspana twarz. Nachylił się nad umywalką i zimną wodą obmył twarz. Przeczesał ręką swoje dłuższe, czarne włosy. [..]
Wziął kubek kawy, którą przed chwilą zrobił, chwycił paczkę papierosów i wyszedł przez okno na schody przeciwpożarowe. Siedząc na nich rozglądał się lekko po ulicy. Jego mieszkanie znajdowało się dość blisko centrum NY, ale jednak bardziej na uboczu. Chłodne powietrze wiało mu prosto w twarz. Pił łyk po łyku czarnej kawy. Siedział tak około godziny, myśląc o zespole, piosenkach i melodiach, które muszą wymyślić. Nagle usłyszał głośny huk, a ziemia zatrzęsła się tak mocno, że z rąk Gerarda wypadł kubek, który rozbił się o metalowe schody.
Gee nie wiedział co się dzieję. Rozejrzał się dookoła. Na ulicach zrobiło się wielkie zamieszanie, a tuż nad dachem jednego z domów, który stał naprzeciwko jego mieszkania, pojawił się gęsty, ciemny dym. Piski i krzyki ludzi na ulicy były przerażające i przyprawiały o ciarki. "Co Się Dzieję?", "Wybuchł Jakiś Pożar?". Na te pytania Gee nie potrafił sobie odpowiedzieć. Po kilku chwilach dało się usłyszeć, poczuć następny huk. Po zaledwie pięciu sekundach od wybuchu, Gerard usłyszał coś jakby dźwięk zawalających się budynków...Następny huk i następny i jeszcze jeden...Te hałasy były nie do zniesienia. Chłopak szybko wskoczył ze schodów z powrotem do domu i zamknął szczelnie jedno okno po drugim. Po kilku minutach, rozmyślania nad tym co to mogło być szybkim ruchem sięgnął pilot do telewizora, który już po chwili został włączony na kanale informacyjnym. To co usłyszał z ust reporterki, było wstrząsające. "Zamach na World Trade Center w Nowym Jorku. Doszło do kilku wybuchów, ale to wcale nie oznacza, że jest to koniec. Ludzie nie wiedzą co robić. Władze miasta ostrzegają, aby oddalić się od centrum. Nikt nie może podać nam informacji co stało się w budynku oraz kto za tym stoi. Czekamy na nowe wieści [..]".
Przez zamknięte okna było słychać przytłumione wrzaski z ulic. Okropieństwo...Gee jeszcze nigdy nie doświadczył czegoś takiego. Nagle na ekranie telewizora ponownie pojawiła się reporterka. Z poważną miną zaczęła:"Pentagon i Kapiton w Waszyngtonie, również padło ofiarą zamachów terrorystycznych. Z naszych źródeł wynika, że ludzie pracujący w budynkach nie mieli szans na przeżycie. Policja zacznie szukać ocalałych w World Trade Center, keidy tylko będzie pewne, że wybuchy ustały. Z naszych informacji wynika, że w budynku było ponad 2 tysięcy ludzi. Będziemy was informować na bieżąco...".
Nagle krzyki ludzi ucichły. Gerard pomyślał, że pewnie wszyscy opuścili centrum miasto i oddalili się w bezpieczne miejsce. Wyjrzał przez zamknięte okno i zobaczył, że policja ogrodziła ulice, aby nikt nie mógł się przedostać w miejsce wybuchów. Ulice zaczęły pustoszeć, a policja i strażacy przenieśli się w stronę World Trade Center...

Rozdział 3.

Grając jedną z melodii zespołu Queen, poczuł, że to właśnie z tym ma być związana jego przyszłość. Poczuł, że to właśnie na tym powinien się skupić, że to tym powinien się teraz zająć.
Kiedy był mały kochał grać, śpiewać, ale z czasem chęć do tego minęła. Zaczął zajmować się innym rodzajem sztuki - malowaniem. Skupił się na swoich obrazach, rysunkach, a muzyka została gdzieś z boku. Teraz wiedział, że zrobił błąd.
Po chwili odłożył instrument, a w głowie miał tylko jedną myśl. A właściwie marzenie. Wiedział, że klapa z kreskówką, nie była przypadkowa. Wyszedł z opuszczonego budynku i ruszył w stronę domu przyjaciela. 
Po jakiś czasie stał już pod domem swojego przyjaciela Matta Pelissiera. Zapukał pośpiesznie do drzwi, które po chwili otworzył Matt. Gerard wręcz wepchnął się do środka.
- Załóżmy zespół.
Bezpośredniość chłopaka zdziwiła Matta, ale na jego słowa uśmiechnął się. Był perkusistą od wielu lat. Cały czas doskonalił swój talent do gry. Cieszyły go słowa przyjaciela.
- Skąd ta zmiana?  Jak dobrze pamiętam, dostawałeś nerwicy, kiedy twoja babcia chciała cię przekonać do gry na gitarze, a teraz chcesz założyć ze mną zespół?
- Wszystko się zmieniło. Nie kupili mojej kreskówki, bo uznali, że jest zbyt podobna do kreskówki, którą puszczali na antenie jakiś czas temu. Dziś grałem pierwszy raz od kiedy zająłem się sztuką i teraz wiem, że to chcę robić.
- Stary, tylko na to czekałem. - Matt klepnął Gerard po plecach z szerokim uśmiechem na twarzy.
Chęć do stworzenia zespołu przez Matta ucieszyła go. Miał przeczucie, że warto się tym zająć.
- Będę grać na gitarze, ty na perkusji...
- I ty będziesz śpiewał. - Przerwał mu Matt.
- Tak.
Skinął głową po czym dodał
- Więc trzeba to uczcić. - Gee zaśmiał się wesoło, spoglądając na przyjaciela.
- I to jest dobra uwaga. - Powiedział to, biorąc z wieszaka kurtkę oraz klucz.
Wyszli na zewnątrz. Matt zamknął drzwi na klucz po czym ruszyli z Gerardem w stronę pobliskiego baru.
Szli w milczeniu z uśmiechami na twarzach. Każdy miał w głowie te same myśli na temat właśnie powstałego zespołu. Nagle milczenie przerwał głos Gee.
- Myślisz, że to wyjdzie?
Przyjaciele spojrzeli po sobie. Żaden nie mógł być pewny czy wyjdzie, czy warto, ale każdy mógł mieć nadzieję. To właśnie liczyło się najbardziej. Wiara czyni cuda.
- Myślę, że to zależy od nas, od naszych chęci. - Oboje uśmiechnęli się do siebie.
Nagle w głowie Gerarda pojawiło się pełno pomysłów na piosenki, nazwę zespołu...Nie mógł uwierzyć w to co się właśnie stało. Tak nagle. Dopiero co skończył szkołę artystyczną. Miał zamiar skupić się na kreskówkach. Nic z tego jednak nie wyszło. A pomyśleć, że do niczego nie doszłoby gdyby nie to, że nie kupili praw na jego pracę. Czuł gdzieś w głębi duszy, że to właśnie tego potrzebował. Wiedział, że nie pożałuje swojej decyzji, swojego wyboru...

Rozdział 2.

- Proszę, niech pan się pochwali tym co na dziś przygotował. - Mężczyzna siadając na swój fotel, spojrzał na Gerarda wymownym wzrokiem po czym uśmiechnął się przekornie.
Gee wyjął z toby swój szkicownik i położył go przed mężczyzną, otwierając go na pierwszej stronie. Człowiek prychnął po czym zaśmiał się krótko pod nosem.
- Bardzo dobre, żeby nie powiedzieć świetne... - Na twarzy Gerarda pokazał się uśmiech. Czyżby przygotowana przez niego kreskówka mogła stać się sławna? Mężczyzna przyglądał się dokładnie każdemu rysunkowi i opisowi pod nim. Przewertował wolnym ruchem większość stron po czym dodał oschle, nawet nie zerkając na chłopaka.
- Szkoda tylko, że jest bardzo podobna do naszej kreskówki "Aqua Teen Hunger Force". Są zbyt podobne.
Z twarzy chłopaka znikł uśmiech. Wbił wzrok w podłogę. Po krótkiej chwili powiedział.
- Ale jeśli by tak coś zmienić? Cokolwiek, żeby nie przypominała tamtej kreskówki. Bardzo mi zależy. Ja...Ja sam postaram się nad nią jeszcze popracować. - Gerard pokiwał energicznie głową, zerkając a to na mężczyznę, a to na swoją pracę.
- Przykro mi panie Way. Nic z tego. Jeśli wymyśli pan coś nowego...Od początku do końca swojego...Będziemy czekać.
Chłopak czuł w sobie złość, smutek, żal , ale nie pokazał tego. Jego twarz była jakby niewzruszona.Wstał zaciskając zęby, podał mężczyźnie dłoń, chwycił szkicownik i wyszedł z pokoju.
- Do widzenia.
- Do widzenia. - Odpowiedział mężczyzna lekko lekceważącym tonem.
Gee wyszedł z budynku w bardzo szybkim tempie. Był wściekły. Miał ochotę krzyknąć na cały głos. Powstrzymał się, ale jego plany legły w gruzach. "Co Teraz?", "Co Zamierzam Robić Dalej?!". Ściskał w ręku mocno swój szkicownik. Spojrzał na niego po czym wrzucił go z hukiem do jednego ze śmietników stojących na ulicy. Warknął przy tym do siebie. Wyciągnął z kieszeni paczkę czerwonych Malboro, zapalił jednego i zaciągnął się dymem. Czyżby to co robił do tej pory straciło większy sens? Odepchnął od siebie wszystkie myśli i ruszył ku opuszczonemu budynku, w którym kiedyś znajdował się klub rockowy. Kiedy doszedł na miejsce wszedł tylnym wejściem do środka. W zaniedbanym już miejscu, było pełno mebli. Właściciel klubu zmarł, nie przekazując go nikomu innemu. Gerard lubił od czasu do czasu tu przebywać. Miejsce te napajało go pozytywną energią. Nikt nigdy tu nie przychodził. Ludzie myśleli, że budynek jest na tyle stary i zaniedbany, że za chwilę może runąć. Chłopak rzucił na ziemię torbę i usiadł na jednym z fotelowych gąbek. Rozejrzał się po klubie. Na ścianach klubu było pełno napisów, plakatów, zdjęć oraz autografów zespołów i wykonawców, którzy tu grali przed zamknięciem lokalu. Kiedy jeszcze miejsce te żyło pełnią życia, Gerard był za mały, aby tu przebywać.
Nagle wstał i zaczął "przechadzać" się po klubie. W pewnym momencie, zobaczył stojącą za barem, zakurzoną gitarę elektryczną. Nie zastanawiał się długo...Wziął instrument w dłonie, lekko przetarł go rękawem i wydobył z niego pierwsze dźwięki. Nie brzmiały ono cudownie, bo gitara była trochę rozstrojona, ale mu to nie przeszkadzało. Grając kolejne dźwięki, coś zaczęło się w nim łamać. Przypomniał sobie, jak kiedyś babcia uczyła go i Mikey'a grać na różnych instrumentach, a gitara była jednym z nich.
To jak Gerard grał, wyglądało pięknie i nawet przy rozstrojonej z lekka gitarze, brzmiało pięknie.

Rozdział 1.

Ostatni dzień szkoły. Gerard trzymał w ręku swój dyplom i ze zniecierpliwieniem czekał końca tych wszystkich, nudnych przemówień. Wybiła godzina 13.15 na zegarze, kiedy ostatni mówca ukłonił się i usiadł na swoim miejscu. Do mikrofonu podszedł dyrektor szkoły - pan Beaker.
- To był cudowny rok. Tyle młodych, utalentowanych artystów, nasza szkoła ma zaszczyt wypuścić do dalszej nauki, albo raczej do praktyki w życiu. Mamy ogromną nadzieję, że nie zmarnujecie swoich talentów i wasza praca nie pójdzie na marne. Nie przedłużając więcej. Powodzenia w dalszym życiu! - Dyrektor uniósł ręce i odszedł od podestu z mikrofonem.
Ludzie zaczęli wstawać z miejsc. Gee wybiegł przodem jeszcze zanim przy drzwiach zrobiło się tłoczno. W biegu zdjął ubrania absolwenckie i włożył je do męskiej torby, przewieszonej niechlujnie przez ramie. Szybkim krokiem szedł w stronę domu. Mijał setki twarzy na zapełnionych, mimo wczesnych godzin, ulicach Nowego Jorku. Każdy się gdzieś śpieszył, miał własne sprawy do załatwienia, ale Gerard nie zwracał na to uwagi. Przepychał się coraz mocniej i szybciej przez tłumy. Mieszkał zaledwie kilka przecznic od uczelni artystycznej, więc dojście do domu nie zajęło mu zbyt dużo czasu. Wbiegł szybko po schodach do mieszkania i otworzył szybkim ruchem drzwi. Wyrzucił z torby ubrania, które wcześniej tam włożył i wpakował do niej swój szkicownik, który leżał przygotowany na stole przy łóżku. Kiedy już było gotowy, wybiegł z mieszkania zamykając drzwi na klucz. Pod domem złapał taksówkę.
Jechał, rozmyślając o przyszłości. "Uda Się Czy Się Nie Uda?", "Co Z Tego Wszystkiego Wyjdzie, Czy W Ogóle Coś Wyjdzie?". Tyle pytań krążyło mu po głowie... Zastanawiał się czy warto podejmować się tego. Zanim zdążył wymyślić wymówkę, taksówka stanęła pod budynkiem stacji Cartoon Network. Zapłacił kierowcy i wysiadł z pojazdu. Stanął przed budynkiem i spojrzał na samą górę. Uśmiechnął się sam do siebie i wszedł do środka. Był umówiony na spotkanie więc dokładnie wiedział gdzie się udać. Ruszył windą na czwarte piętro. Stanął przed drzwiami pokoju numer 37 i spojrzał na zegarek wiszący nad drzwiami. 14.20. Spotkanie było umówione na 14.30. Gerard usiadł na kanapie stojącej w korytarzu. Mimo, że było to biuro, było tu przyjemna atmosfera. Ludzie uśmiechnięci, weseli. Gee siedząc rozglądał się dyskretnie dookoła.
- Czeka pan na kogoś?
Gerard uniósł wzrok i zobaczył nad sobą młodą kobietę, o blond włosach, spiętych w koczka.
- Emm...Ee...Tak...To znaczy nie...To znaczy byłem umówiony na spotkanie w sprawie nowej kreskówki. - Spojrzał na drzwi pokoju 37, dając to kobiecie do zrozumienia.
- Ach, więc musi pan jeszcze chwilę poczekać. U pana McKinleya ktoś na razie jest. - Kobieta uśmiechnęła się po czym szybko dodała. - Może się pan czegoś napije? Zrobić kawę, herbatę?
- Nie dziękuję. - Gee machnął ręką i ponownie spojrzał na zegarek...
Kobieta odeszła i wróciła do swoich zajęć, a drzwi pokoju otworzyły się i wyszedł z nich zdenerwowany człowiek, a za nim drugi, na którego twarzy widniał przekorny uśmiech. Mężczyzna odwrócił się ku Gerardowi, który właśnie wstał i podszedł do niego.
- Pan Gerard Way? - Mężczyzna uniósł brwi ku górze, spoglądając na niego.
- Tak, tak, to ja.
- Więc proszę. - Gerard wszedł do pokoju za mężczyzną. Był pełen nadziei, że wszystko pójdzie tak jak tego oczekuje.

Prolog i wstęp.

"- Muzyka nie jest dla mnie! - Krzyknął i gwałtownie wstał z krzesła zrzucając za razem swoje przybory do malowania. Podszedł do drzwi i już miał je otworzyć, kiedy za sobą usłyszał głos babci - Eleny Lee Rush.
- Powiedziałeś, że kochasz sztukę. - jej głos brzmiał mądrze i spokojnie.
- Ale chodziło mi o to... - Machnął ręką wskazując leżący na ziemi szkicownik.
- Gee, ale dlaczego nie spróbujesz czegoś innego?
- Powiedziałem...Muzyka Nie Jest Dla Mnie! - Powiedział podniesionym tonem, akcentując słowo NIE. Chwycił klamkę i zniknął za drzwiami..."


Zastanawialiście się kiedyś, jak będzie wyglądał świat za parę lat? Co z muzyką? Skoro teraz ta "muzyka" jest na takim poziomie. Nie chcielibyście się czasem przenieść do czasów, w których królował Rock? Ja tak, ale wtedy myślę, że w końcu dziś mamy My Chemical Romance. To dodaję mi sił, ale myślę, że nie tylko mi.
Przechodząc do treści bloga. Jak można ( albo nie można ) wywnioskować po Prologu, będzie o Gerardzie Way'u. Blog jest pisanie na podstawie jego prawdziwego życia i doświadczeń, ale chcę od razu uprzedzić, że jest to moja wizja tych wydarzeń! Chcę wam pokazać, jak jego życie mogło wyglądać. Nie jestem wybitną pisarką, więc z góry przepraszam za błędy, które mogą się pojawiać, choć staram się jak mogę. Blog wcześnie był pod innym adresem - kliknij tutaj - jednakże przenoszę się tutaj, jako że Onet mi szwankuję. Żeby ominąć różnego typu nieporozumienia, cała zawartość bloga ( wszystkie rozdziały ) pojawi się na tym blogu, jednakże postanowiłam trochę co nieco zmienić.
Mam wielką nadzieję, że odwiedzicie mojego bloga nie raz. Nie ma to w końcu jak miłe opinie o pracy autora. To napawa taką radością i dzięki temu chce pisać się dalej. : )